sobota, 9 lutego 2013

Trylogii Wieku ciąg dalszy...


Zaułki podświadomości.

Brama 1


„Opowieść w połowie wyssana z palca…”

 

Wszystko zaczęło się na wybrzeżu Oceanu Błękitnego. Za tydzień koniec letnich wakacji. Nasza bohaterka stała na brzegu, wpatrzona w obraz zachodzącego słońca. Ostatnie chwile w tym miejscu chciała spędzić właśnie tak. Sam na sam ze słońcem, morzem i złocistym piaskiem. Tak bardzo pragnęła zatrzymać tą chwilę na zawsze… Zamknęła oczy, wsłuchała się w szepty wiatru… Biała, zwiewna sukienka tańczyła z wiatrem walca. Stopy delikatnie zapadały się w tulącym i ciepłym piasku. Tęcza kolorów oplatała bezchmurne niebo. Cisza otaczająca dziewczynę przerywana była co chwileczkę słowami wiatru…

Szeptał on Sarze odkąd się urodziła opowieści o rybakach, syrenach i pięknie świata ukrytego w głębi lądu… Zawsze jej towarzyszył. Pocieszał gdy była smutna, zabawiał w wesołe dni i odwiedzał gdziekolwiek by się nie udała. Był jej najlepszym, choć niewidzialnym przyjacielem. Ale teraz musieli się już pożegnać…

Szła przed siebie zapisując w głowie obrazy, prawdziwego domu, jej rzeczywistości. Myślami wędrowała jednak po świecie do którego miała się udać. Ziemski realizm… Musi wybrać pozostałych, dopełnić przepowiedni… Ostatnie spojrzenie za siebie i wspomnienia wywołujące uśmiech na twarzy. Cóż… Wspaniale było biegać na bosaka po zielonej, lśniącej trawie. Tańczyć i śpiewać w rytmie wygrywanej przez świerszcze muzyki. Śpiewających radośnie ptaków. Kolorów opasających ten krajobraz nie zależnie od pory roku. Nuty przeplatane zapachem róż i tulipanów. Kroki stawiane pośród istnej symfonii zapachów pochodzących od świeżo zebranych owoców i ziół z sadów leśniczych. I nagły, delikatny podmuch wiatru… Przywołanie poczucia czasu. Myśl o przeznaczeniu. Smutek i nieustające poczucie winy… Sara zacisnęła pięści i złożyła tej rzeczywistości przysięgę… Wróci, już nie sama. Udowodni, że jest godna swego przeznaczenia…

* * *

 

                Minęły już dwa lata od kiedy dziewczyna o kasztanowych włosach przekroczyła progi liceum w Rock Town. Mieszkała na przedmieściach które choć pozbawione jakich kol wiek oznak pobytu osób powyżej 18 roku życia, przesiąknięte były tradycją i spokojem do granic wytrzymałości. Wewnątrz barów, kafejek, sklepów i bibliotek panowały miliony osobnych ludzkich charakterów i upodobań. Wszechobecne (wręcz za bardzo wypielęgnowane) ogródki zapraszały do wejścia przed próg domów i spędzenia miłych chwil z mieszkańcami. Kuszący zapach świeżo upieczonych, babcinych ciasteczek z czekoladą, połączony z wonią ciepłego mleka prosto od krowy biły na głowę wszystkie inne unoszące się w powietrzu zapachy… Sara nigdy nie mogła dojść do tego w jaki sposób tak sympatyczne i spokojne przedmieścia mogły współistnieć z rozwrzeszczanym, szybkim, brudnym i złym miastem kryjącym się jakieś trzy, może cztery ulice dalej… Jednak w nowej szkole została miło przyjęta przez uczniów i nauczycieli. Od razu zyskała również poparcie wszystkich pracowników placówki. Z czasem została honorowym członkiem Rady uczniowskiej i ostatnią deską ratunku samorządu szkolnego. Pisała scenariusze dla koła teatralnego, brała udział we wszystkich możliwych konkursach, pomagała nauczycielom, była członkiem wielu kółek naukowych i oczywiście nadzorowała wszystkie akcje organizowane w szkole. Nauczyciele bardzo chwalili sobie jej pomoc, uważali ją za sumienną i odpowiedzialną. Dodajmy również, że miała nienaganny styl. Zawsze skromna, dumna, elegancka. Jednak niebyła jedną z tych snobistycznych laluni, które na przerwach lecą do toalety poprawić sobie „tapetę”, olewają nauczycieli, a idąc korytarzem patrzą na wszystkich z góry. Nie! Sara była całkowitym ich przeciwieństwem. Uczniowie określali ją jako miłą i skorą do pomocy osobę, której można całkowicie zaufać. Poniekąd określa się ją mianem złotego dziecka... Niekiedy na korytarzu słychać jak ktoś z samorządu nazwie ją żmiją, ale jej to zupełnie nie przeszkadza… A dlaczego żmija? Spytacie… Ludzie mówią, że czasem kąsa jak ona…

Nasza bohaterka w śród licznych znajomych ma grupę prawdziwych przyjaciół. W jej skład wchodzą:

 

Max Black. Blondyn o oczach koloru morskiej fali.

Wysoki i szczupły. O wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i szczerym uśmiechu. Chłopak jest wysportowany i zabawny. Ciągle zabiegany i za grosz nie zważający  na noszony na nadgarstku zegarek… Zresztą kalendarz też nie robi na nim wielkiego wrażenia…Osoba godna uwagi i polecenia, albowiem może wiele osiągnąć. Jest pracowity, posiada zdolności organizatorskie, zmysły dyplomaty, spryt handlowca. Jest również pomysłowy, ambitny i konsekwentny. Lubi brać na siebie wielką odpowiedzialność…

Adam Phillips. Dowcipniś i komediant jakich mało. Ma rude włosy i piegowaty nos które wprost ubóstwia. Na nosie zaszczytne miejsce zajmują małe prostokątne okulary broniące jakby drogi do ciemnych oczu. Adam bardzo ceni sobie przyjaźń, uważnie dobiera przyjaciół i jest im bardzo oddany. Jest bardzo uczuciowy i pamiętliwy jednocześnie - nie zapomni nikomu ani dobrych ani złych uczynków. (Prowadzi wieczny konflikt o keczup w sosie do spaghetti z Fee.)

Fee Flitswek zaś to blond włosa dziewczyna o szaro zielonych oczach która jest najlepszą przyjaciółką Sary. Nie podziela co prawda jej miłości do sportu i dawania z siebie 1200% zaangażowania w wysiłek fizyczny. Ale mimo to przyjaźnią się prawie od zawsze…

Albin Jenkins. Najlepszy kumpel Maxa. Brązowe włosy, zielone oczy, skłonny do sarkastycznych uwag. Za to, co czyni, bierze pełną odpowiedzialność. Swoich życiowych przekonań broni do upadłego i z tego powodu ma czasem kłopoty towarzyskie. Jest pewnym siebie, zdecydowanym na wszystko chłopakiem. Nie znosi nakazów, jest zwolennikiem wolnej myśli i swobodnego działania. Posiada rozległą wiedzę, wybitną inteligencję o szerokich horyzontach. Poważny i spokojny. Razem ze swoim kumplem należą do drużyny pływackiej. I w końcu Harry.

Harry Thomson… Czarne włosy i błysk w równie czarnych oczach sprawiają, że ma w szkole durze grono wielbicielek. Dwa razy słucha raz myśli i raz się odzywa. Motto? Ważne by zawsze wybierać mniejsze zło… Najczęściej odnajdujący swoje miejsce pomiędzy nutami w wybranych utworach wielkich artystów. Odgradzający się od świata za sprawą słuchawek mp3         i powieści tak niezwykłych, a czasami ciężkich do przełknięcia, że tylko on w stanie jest wejść w ich treść i w pełni zrozumieć „co autor miał na myśli?”… Czasami zarzekłabym się, że wszystkie książki świata zostały napisane tylko i wyłącznie dlatego, żeby jego umysł mógł je pochłonąć…

 

* * *

W przeddzień osiemnastych urodzin Sary cała paczka odprowadzała ją na przystanek. Przez całą drogę śmiali się i rozmawiali jak będą się świetnie bawić jutro na imprezie. Kiedy doszli już do przystanku Max musiał ich pożegnać bo spieszył się na spotkanie i bał się, że ucieknie mu tramwaj. Żeby dotrzeć na przystanek tramwajowy trzeba było przejść przez ulicę szybkiego ruchu. I tu zaczynają się schody! Kiedy chłopak przechodził przez ulicę wszystkie samochody zatrzymywały się. Wyjątkiem było czarne volvo perfidnie i z niesamowitą determinacją łamiące wszelkie obowiązujące przepisy drogowe! Ten pirat jechał prosto na blondyna i nie wykazywał chęci ominięcia żywej przeszkody. Wtedy Sara zrzuciła na ziemię plecak i pobiegła w jego stronę… W ułamku sekundy, zdążając w ostatniej chwili odepchnęła Maxa na chodnik. Jednak sama nie zdołała już uciec przed pędzącym samochodem. W chwili potrącenia straciła przytomność… Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła był podnoszący się z ziemi niebieskooki i biegnący w ich stronę przyjaciele…

 

                Ocknęła się dopiero leżąc odosobniona w szpitalnej sali. Kiedy podniosła obolałe powieki zorientowała się gdzie jest. Usiadła… Ze strachem stwierdziła, że nie może poruszać nogami. Rozglądała się po pomieszczeniu. Usiłowała sobie przypomnieć co się stało… Nagle jej uwagę przykuł wazon z pięknie pachnącym bukietem róż, stojący na stoliku obok łóżka. Tylko ten przedmiot nadawał - beznamiętnej i nazbyt sterylnej - sali szpitalnej jakikolwiek kolor. Wśród białych ścian, podłóg i pościeli te czerwone róże były istną symfonią kolorów! O wazon oparta była mała karteczka. Dziewczyna sięgnęła po bilecik i natychmiast rozpoznała pismo Olki. I nagle kiedy dotarł do niej zapach różanego bukietu, przed oczami przeleciało jej całe życie. Wszystkie szkoły, wojny, wyzwania, odkrycia, podróże, obietnice, przygody… I to chyba najważniejsze. Moment, w którym wreszcie odnalazła prawdziwych przyjaciół. Kiedy Max i ona stali się sobie bliscy. To podczas imprezy spotkali się po raz pierwszy. Pamięć jej nie myliła. Fee i Albin przedstawili ich sobie, a Max pierwszy wyciągnął do niej rękę na powitanie z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. Pamiętała jego pierwsze słowa jakby wypowiedział je przed kilkoma sekundami. „Wiesz… Przywitam się i zaraz zniknę na chwilkę. Muszę zamordować Albina za to, że tak perfidnie kłamał na twój temat. Mówił, że jesteś piegowata, kurduplasta, a twoje włosy wyglądają jak szopa… A tu proszę… Normalnie mógłbym ci się teraz pokłonić i zapytać czy bolało gdy spadłaś z nieba!”. Od tego żartu wszystko się zaczęło… Pamiętała… Kiedy spojrzała w te niebieskie oczy… W jego spojrzeniu było coś wspaniałego, tajemniczego… Ta tajemnica aż prosiła się o odkrycie. Nagle z zamyślenia wyrwał ja podmuch wiatru wlatującego przez otwarte okno. Stary przyjaciel… Pomimo odległości, sytuacji, minionego czasu. Pamiętając o niej przybył w odwiedziny… Postanowiła wyjść na świeże powietrze. Jednak fakt, że nadal nie może poruszać nogami nieco krzyżował jej ten plan. Więc jeszcze raz rozejrzała się po szpitalnej sali w poszukiwaniu jakiegoś choćby najprostszego rozwiązania swojego problemu… Obok szpitalnego łóżka stał wózek inwalidzki. Wdrapała się na niego i po chwili udało jej się rozgryźć jak się „to” obsługuje. Niestety… Zanim zdążyła zrealizować swój chytry plan ucieczki z tego białego więzienia, do sali wkroczył lekarz w towarzystwie pielęgniarki… Kiedy ich zobaczyła żadna z dwóch twarzy nie wskazywała na zadowolenie z jej pomysłu. Dzięki Bogu znała tego lekarza, aż za dobrze… Tylko co on tu robił?

-        Ella możesz mnie z nią zostawić? – Siwawy mężczyzna wskazał pielęgniarce drzwi, a kobieta posłusznie wyszła.

-        To co? Teraz nazywasz się Piotr… - Sara krzyżując ręce na piersiach przybrała postawę naburmuszonej sześciolatki.

-        Władczyni znam cię dokąd byłaś jeszcze w brzuchu swej matki! Mam prawo od czasu do czasu zmienić co nieco nawet jeżeli miałoby to być moje imię… Zresztą w twoim mniemaniu zawsze będę Rudym…

-        Phi! Ale pamiętaj, że twarz zawsze zostaje ta sama… Rudy znalazłam ich. Wiem, że już czas… Nawet jeśli teraz kopnę w kalendarz nie przestanę nawiedzać cię w burzowe noce… - Sara zachichotała udając ducha… - Poza tym i tak coś rzuciło mi się na moje nogi bo nie chcą mnie słuchać…

-        To nie są żarty Seremino. Skiny przyniosły wieści, że złamano powietrzne królestwo.

-        To znaczy, że przepowiednia zaczęła się spełniać.

-        Musimy działać szybko. Ten wypadek też nie był przypadkowy. Zgadnij kto prowadził samochód z barierą…

-        Kryksy… Więc dlatego udało im się mnie zranić. Bariera.

-        Jest tylko jedno lekarstwo na jej działanie… Pijawka z bagien Styksu. Wiesz o tym. Będzie szybko ale boleśnie. Pamiętasz, że na ciebie działają wyjątkowo silnie. Ostatnim razem o mało cię nie straciliśmy…

-        Będzie dobrze. Nawet jeśli mnie zabraknie oni dopełnią przepowiednie. Zaufaj Fee. Na wszelki wypadek gdyby było ze mną tak źle jak ostatnim razem daj im pudełko z opowieściami… Będą wiedzieli co robić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz